Senegal. Casamance – podobno najbardziej niebezpieczna część Senegalu

Będąc w Gambii nie sposób choć na parę dni nie wyskoczyć do Senegalu. Początkowo w planach mieliśmy zwiedzenie północnej części Senegalu – Dakaru, różowego jeziora Lac Rose,  Saint Louis i pustyni Lompoul. Nie po raz pierwszy zmieniliśmy plany i wybraliśmy się do Casamance – regionu ponoć niebezpiecznego…

 DSC_0784

Wizę do Senegalu bez problemu wyrobiliśmy już w pierwszych dniach pobytu w Gambii. Pozostało wybrać kierunek. Cały czas po głowie chodziło nam Casamance – południowa część Senegalu. Tę jednak każdy nam odradzał. Począwszy od właściciela Mango Lodge, w którym spaliśmy pierwsze dni w Gambii, przez przypadkowo poznanych na ulicy ludzi. Każdy ostrzegał przed Casamance. Podobno rebelianci organizują napady z bronią w rękach na turystów. Często, gdy dowiedzą się, że w wiosce jest tubab (biały) potrafią napaść w nocy i zrabować dosłownie wszystko. Takie historie słyszeliśmy o Casamance. To wszystko opowiadali ludzi, którzy w tym regionie nigdy nie byli. Nawet przewodnik Lonely Planet rozważa odpowiedź na pytanie – jechać czy nie jechać do Casamance. Z drugiej strony znamy opinie osób, które w ostatnich czasach podróżowały po tym regionie i wracały zachwycone, mówiąc, że jest tam całkowicie bezpiecznie i jedyne z czym się spotkały to przychylność dobrych ludzi. Postanowiliśmy posłuchać opinii tych drugich. Jak już pewnie wiecie, duże miasta totalnie nas nie kręcą. A właśnie przez takie przyszłoby nam podróżować w północnym Senegalu. Tym bardziej wybieramy więc Casamance –  jedziemy sprawdzić czy rzeczywiście jest tam niebezpiecznie. Kiedy żegnamy się z gambijskimi przyjaciółmi, każdy z osobna prosi, żebyśmy na siebie uważali i pod żadnym pozorem nie chodzili sami po buszu…

W Brufucie łapiemy bush taxi do Brikamy. Z Brikamy jedziemy do Jibolob, gdzie przekraczamy granicę. I tu małe zaskoczenie. Panie wbijające nam pieczątki wyjazdowe z Gambii uprzedzają nas, że nie będziemy mogli z powrotem wjechać do Gambii bez wykupienia wizy. Patrzymy na nie ze zdziwieniem i tłumaczymy, że obywatele Polski od lipca ubiegłego roku są zwolnieni z posiadania wizy do Gambii. Panie uśmiechają się i mówią, że i owszem – kiedy przylecieliśmy do Gambii, to wiza nie była nam potrzebna, ale kiedy ją opuścimy i ponownie będziemy chcieli przekroczyć gambijską granicę – wtedy już wiza będzie niezbędna. Zastanawiamy się jak to możliwe, domyślając się, że chyba ktoś tu chce od nas wyciągnąć łapówkę. Z ciekawości pytamy ile kosztuje wiza. Panie odpowiadają że 1000 dalasi (ok. 80 zł), po czym dodają, że 35 EUR (ok. 140 zł). Coś tu się kupy nie trzyma. Wiemy jedno – pierwsze co zrobimy w Senegalu, to odwiedzimy kafajkę internetową i skontaktujemy się z konsulatem Gambii w Polsce, prosząc o pomoc i przesłanie oficjalnej informacji w języku angielskim , że wiza Polakom nie jest potrzebna. Sami jesteśmy ciekaw jak skończy się ta historia. W każdym razie, łapówki dawać nie mamy zamiaru, a za wizę płacić – tym bardziej.

Granicę senegalską pokonujemy bezproblemowo. Zatrzymujemy się w Seleti, gdzie chcemy złapać jakiś transport do Kafoutine. W tutejszym garażu wszyscy nas zapewniają, że żadnym bushem się tam nie dostaniemy i musimy wziąć małą taksówkę. Średnio nam się to uśmiecha, tym bardziej kiedy rzucają cenę 20 tys. CFA (ok 140 zł). Za odcinek zaledwie 36 km wydaje nam się to zdecydowanie za dużo. Uparcie mówimy, że chcemy jechać bush taxi, a taksówkarze uparcie swoje – że niczym innym do Kafoutine nie dojedziemy. W końcu zbijamy cenę o ¼ – 15 tys. CFA z bagażami. Średnio zadowoleni wsiadamy do auta, a tam – kierowca rząda opłaty za plecaki. Wkurzeni już na maksa, prawie krzyczymy, że ani jednego CFA więcej od nas nie dostaną. Chyba się trochę przestraszyli naszego bojowego nastawienia, bo nikt już się o nic nie upomina. No to ruszamy…

Na pierwszy rzut oka ta część Senegalu wydaje się być o wiele bardziej zielona niż Gambia. Wszędzie dookoła bujna roślinność – gaje palmowe, baobaby, sady mango czy papai. Drogi za to o wiele gorsze i bardziej dziurawe niż w Gambii. W Kafoutine witają nas miejscowe dzieciaki – równie sympatyczne jak te w Gambii. Kiedy widzą, że mamy aparat, robią przeróżne miny i akrobacje przed obiektywem, prosząc się o zdjęcie.

Dogadać się tu ciężko – wszyscy mówią po francusku. Jak już spotkamy kogoś kto zna angielski, okazuje się, że jest Gambijczykiem. Zrobienie jakichkolwiek zakupów to tu nie lada wyzwanie. Zazwyczaj bierze w tym udział kilka osób – jedna jest właścicielem kramiku, inna zna podstawy angielskiego, jeszcze inna potrafi liczyć – a przynajmniej tak jej się wydaje. Z liczeniem mają tu naprawdę ogromny problem. Podstawy matematyki są dla większości czarną magią. Z liczeniem ma też problemy nasz przewodnik – Lamin, którego zabraliśmy z Gambii i coraz bardziej tego żałujemy. Lamin gubi się zaraz po przekroczeniu granicy. Mimo, że zapewniał nas, że był już w Casamance, okazuje się, że nic tu nie wie. Nie umie przeliczyć waluty, nie za bardzo ogarnia wysokie nominały i wmawia nam, że to my nie znamy senegalskich pieniędzy. Na dodatek zwraca nam uwagę, gdy prosimy innych o pomoc. Kiedy Paulina kupuje bransoletkę – zbijając cenę z 1000 CFA do 500 CFA. Negocjacje odbywają się w 3 językach (angielski – Paulina, francuski – sprzedawczyni i mandinka – Lamin ze sprzedawczynią). Paulina wręcza sprzedawczyni banknot 1000 CFA ( ok 7 zł) i czeka na resztę. Tymczasem Pani nie kwapi się, żeby cokolwiek wydać. Paulina tłumaczy Laminowi sytuację, a ten odpowiada jej, że Pani nie może jej wydać reszty, bo tu nie ma banknotu 500 CFA. Zastanawiamy się jak to możliwe, żeby nie istniał nominał mniejszy niż 1000 CFA (7 zł). Lamin uparcie wmawia Paulinie, że ma nie dyskutować, bo nie zna tutejszej waluty. Paulina coraz bardziej wkurzona i zmęczona chce zrezygnować z transakcji i wtem okazuje się, że znalazł się banknot 500 CFA. Mało tego – 500 CFA występuje w dwóch wersjach – jako banknot i jako moneta. Oj ciężko się odnaleźć w tym Senegalu, nie znając francuskiego i mając przewodnika bardziej zagubionego od nas.

Nocleg w dobrej cenie znajdujemy niedaleko głównej drogi, w malej lodge prowadzonej przez Francuzkę i jej męża Senegalczyka. Cena za osobę – 4000 CFA. Mamy prysznic w pokoju, a toalety na zewnątrz. Nawet jest lustro. Dookoła zielono. Na drzewach rozwieszone hamaki. Cóż więcej trzeba?

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Afryka, Nasze wyprawy, Senegal, Senegal 2014, West Africa trip 2014. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s